Slovak International AirFest - SIAF 2013Autor:Waldemar Kowalski w dniu:2013-09-30 08:28:01
W dniach 31 sierpnia – 1 września br. w słowackim mieście Sliac odbył się SIAF, czyli „Slovak International Air Fest”. To główna, narodowa impreza lotnicza naszych południowych sąsiadów - odpowiednik polskich pokazów w Radomiu. Nie mogło tam zabraknąć ekipy SPOTTER.PL, która jak ogólnie wiadomo, zrobi absolutnie wszystko by być w miejscach, gdzie dzieje się „coś” w powietrzu. Choć impreza jest nieco mniejszej skali, niż nasz wspomniany wcześniej radomski airshow, to pomijając ten fakt, porównanie wypada na korzyść SIAF, ale o tym może później.
Z racji, że „lotniczych imprez” pod koniec lata wiele, a chciałoby się być na wszystkich, postanowiliśmy z Kristofem (Krzysztof Dymel), że tę odwiedzimy w tzw. „opcji po kosztach", czyli z namiotem i tylko na jeden dzień. Spakowaliśmy się do mojego małego kombi i wyruszyliśmy. Podróż rozpoczęliśmy w piątek przed południem. Planowaliśmy dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Niestety nie udało się to, bo jeśli coś nas rozczarowało podczas tego wyjazdu, to był to przede wszystkim stan słowackich dróg. Sytuacja wygląda mniej więcej tak, jak u nas na początku lat 90-tych. Kto pamięta, przyzna, że nieciekawie. Zaliczyliśmy też spotkanie ze słowacką policją, ale była to tylko standardowa kontrola dokumentów. Po wymianie kilku wzajemnych uprzejmości usłyszeliśmy: „szczęśliwej drogi” i pojechaliśmy dalej… Potem było już tylko lepiej. Na miejscu okazało się, że pole namiotowe i parking nie dość, że są za darmo, to są jeszcze bardzo korzystnie umiejscowione - dosłownie 3 minuty spaceru od głównej bramy lotniska.
Byliśmy zmęczeni podróżą, szybko rozbiliśmy namiot, nadmuchaliśmy materace i poszliśmy spać. Cisza i spokój na polu namiotowym to już nie do końca zasługa organizatora, być może kwestia przypadku, może kultury, ale tak czy tak, miła odmiana dla kogoś, kto nieco wcześniej nocował na polu namiotowym w austriackim Zeltweg.
Rano wstaliśmy dość wcześnie chcąc mieć dobre miejsca przy barierkach, a to jak wiadomo wymaga pojawienia się na terenie pokazów możliwie jak najwcześniej. Około godziny 7.30 byliśmy przed bramą główną. Szybkie i sprawne kupno biletów w cenie 10 euro, chwila oczekiwania i punkt 8.00 brama została otwarta. W tym momencie kolejne zaskoczenie - można wnosić napoje, a sympatycznie uśmiechnięty pracownik ochrony sprawdza bilet i gestem zaprasza do środka, i nie patrząc na mnie jak na bandytę, ani nie obmacując mnie po udach. No cóż...  jak widać można....
Dotarły mnie słuchy, że airshow w Radomiu to „była w tym roku najlepsza impreza lotnicza na świecie”. Być może stąd tak wielkie zagrożenie terroryzmem, no i w Radomiu na „bramkach” było jak było, ale wróćmy do słowackiego Sliac. Nie zważając na wystawę statyczną (wiadomo nie ucieknie :) ) bardzo szybkim krokiem udaliśmy się na „z góry upatrzoną przy użyciu internetowego wywiadu pozycję”. Zdyszani, ale szczęśliwi, kilka minut po ósmej siedzieliśmy na krzesełkach w bardzo dobrym miejscu racząc się zimną wodą z dużych butelek. Kto jeździ na pokazy - ten wie - to jest czas zakupów pamiątek, fotografowania statyki i zapoznawania się z „sytuacją ogólną”. Jeden chodzi, drugi pilnuje "bazy",  a potem zmiana :)
Na szczególną uwagę na wystawie statycznej zasłużyły: słowacki MiG-21MF i dwa efektownie pomalowane belgijskie F-16. Nasze barwy reprezentowała CASA. Warto wspomnieć też o Su-25 z Ukrainy. Stoiska z pamiątkami - takie jak wszędzie. Tu ani na plus, ani minus - ot stały i jednolity element każdej imprezy lotniczej.
Nastała pora, żeby coś zjeść i tu słowo o gastronomii - smacznie i stosunkowo niedrogo - po raz kolejny odniosłem wrażenie, że komuś zależy na imprezie lotniczej, a nie zrobieniu interesu.
 
Dwie godziny minęły bardzo szybko i o 10:00 oficjalnie rozpoczęto pokazy. Samo rozpoczęcie również zasługuje na kilka ciepłych słów. Kilka zdań, spadochroniarze z flagami i pokazy uważamy za otwarte. Żadnych polityków, biskupów, przemówień i innych rzeczy, na które nie byli nastawieni ludzie wydający 10 euro.
Pokazy rozpoczął słowacki Albatros. Później wspaniały show w wykonaniu maszyn z pierwszej wojny światowej. Oczywiście wszystko dopracowane w najmniejszym szczególe - łącznie z ubiorami pilotów. Dalej kolejno: nasz polski Lim, pokaz ratownictwa, wspólny przelot czeskiego Grippena ze słowackim MiG-iem i od razu pokaz dynamiczny tego drugiego. 
Ryk silników odrzutowych przerwał na moment, jak zawsze piękny i precyzyjny, pokaz grupy Ocovski Bacovia. Następnie Martin Sonka na Extrze 300 i ten pokaz zasługuje na szczególne wyróżnienie za niesłychaną dynamikę i precyzję. W trakcie niektórych manewrów można było odnieść wrażenie, że samolot Martina nie podlega prawom fizyki. Oczywiście na pokazach nie może zabraknąć latania w większej grupie i tę atrakcją na tegorocznym SIAF-ie zapewniła hiszpańska grupa Patrulla Aguila. Pokaz może nie na poziomie Red Arrows, ale na pewno była to porcja solidnego, precyzyjnego latania. Później solowy pokaz Gripena i wreszcie to, na co podświadomie czekaliśmy. Pokaz polskiej pary Su-22. Zawsze niezmierną przyjemność sprawia mi widok szachownicy na zagranicznym niebie i tym razem nie mogło być inaczej. Tym bardziej, że nasza pokazowa para zbiera wszędzie bardzo pozytywne opinie i tu również było podobnie, co można było zauważyć po reakcji zgromadzonej publiczności. 

Następnie prowadzący imprezę spiker poinformował, że ze względu na problemy techniczne holenderskie demo F-16 nie wystąpi niestety na znanej i lubianej "pomarańczce", ale na samolocie zastępczym. Zapewnił jednocześnie, że to "ten sam pilot, ten sam program, taki sam samolot". I rzeczywiście pokaz był jak zwykle na bardzo wysokim poziomie. Na plus miła dla oka odmiana i "coś nowego" do sfotografowania. Minus - brak flar w trakcie pokazu. Dalej kolejno Pioneer Team, pokaz słowackiej policji z użyciem śmigłowca i wreszcie główna gwiazda pokazów, czyli ukraiński Su-27. Sam pokaz raczej dość spokojny, choć chyba odrobinę bardziej dynamiczny, niż tydzień wcześniej w Radomiu. Przyznać należy, że szczególnie w trakcie startu, na pełnym dopalaniu, samolot prezentował się wspaniale na tle słowackiego, lekko górzystego krajobrazu w okolicy Sliac. I właśnie ze względu na pewne podobieństwa krajobrazowe nazwaliśmy Sliac "małym Zeltweg". Po Su-27 kolejny Gripen i pokazy dobiegły końca. Nie wymieniłem absolutnie wszystkich maszyn, które były w powietrzu, a jedynie te, które najbardziej zapadły mi w pamięć.

Mając na uwadze stan dróg postanowiliśmy stosunkowo szybko opuścić teren pokazów, tak by najtrudniejszy górski odcinek drogi pokonać jeszcze przed zmrokiem. Tu kolejne zaskoczenie: praktycznie żadnego korka. Rozładowaniu sprzyja bliskość autostrady, ale podkreślić należy również bardzo sprawne działanie służb porządkowych.
Jeszcze szybkie zakupy w mieście Martin (wiadomo – Studentska i Lentilky :) ) i o godzinie 21:00 raczyliśmy się kawą na stacji benzynowej w polskim Cieszynie.
Pora na małe podsumowanie. Małe, bo co tu dużo pisać. Bardzo udana impreza, stosunkowo blisko i możliwa do "zaliczenia" bez głębokiego drenowania kieszeni. Nic tylko jechać. Minusem jest niezbyt szczęśliwe umiejscowienie pasa w osi północ/południe, co przekłada się na kiepskie warunki fotograficzne od godziny 13:00. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie by następnym razem pojechać na dwa dni i jeden dzień spędzić na terenie pokazów, a drugiego rozejrzeć się za jakąś ciekawą miejscówką po drugiej stronie lotniska.
Do zobaczenia za rok!
 
Zdjęcia:
w powietrzu - Waldemar Kowalski
statyka - Krzysztof Dymel